CZAS NA KSIĄŻKĘ: DROGA DO LOS ANGELES – JOHN FANTE

Dwa razy w życiu przydarzyło mi się, iż książka oraz jej bohaterowie denerwowali mnie tak, że miałam ochotę tupać i krzyczeć, a już na pewno cisnąć tą historią i nigdy do niej nie wracać. Za pierwszym razem książka mnie pokonała, odłożyłam ją i postanowiłam o niej zapomnieć. Nie udało się. „Wichrowe wzgórza” dopadły mnie na studiach na zajęciach z literatury angielskiej. Dlatego kiedy zaczęłam czytać „Drogę do Los Angeles” stwierdziłam, że się nie poddam, bo pewnie też prędzej czy później mnie dopadnie. Skończyłam ją, choć było to prawdziwe cierpienie.
 
Zacznijmy od zarysu fabuły. Osiemnastoletni Arturo wymyślił sobie, że zostanie pisarzem. Choć na okładce wyraźnie jest napisane, że o tym „marzył”, nie zgadzam się z tym. On po prostu pewnego dnia tak sobie postanowił i tyle. Żył w latach 30 ubiegłego wieku i ma na utrzymaniu siostrę oraz matkę. Zmieniał pracę, bo w żadnej nie potrafił się zbyt długo utrzymać. W końcu trafił do fabryki konserw rybnych. Opis z okładki dał mi wyraźnie do zrozumienia, iż Arturo to typ marzyciela, który nie potrafił poradzić sobie z otaczającą go rzeczywistością. Kochał książki i nie mógł żyć tak, jak by chciał. Pomyślałam, że być może utożsamię się z tym bohaterem, a sama książka wniesie do mojego życia jakieś wartości.
 
Doskonale zdaję sobie sprawę, iż może jestem zbyt ograniczona, aby zrozumieć przekaz tej lektury i jej bohatera, ale przysięgam, że momentami miałam ochotę go udusić. Arturo nie przypominał nawet w najmniejszym stopniu wielkiego umysłu czy nadczłowieka, za którego się uważał. Był zwykłym wariatem, który swoją wyższość ukazywał poprzez znęcanie się nad zwierzętami, okaleczanie swojego ciała i imaginowanie sobie związków z kobietami ze świerszczyków. Ręce mi opadały, kiedy zakochał się w kobiecie, którą widział całe trzydzieści sekund, a następnie, gdy ona zapaliła zapałkę o ścianę banku, szukał jej zapałki wśród innych, by następnie wyznawać jej miłość.

 

„- Zapałko – powiedziałem – Kocham cię. Nazywasz się Henrietta. Kocham twe ciało i duszę.
Włożyłem ją w usta i zacząłem żuć.”

 

Nawet nie jestem w stanie zliczyć ile razy podczas czytania towarzyszyło mi uczucie obrzydzenia czy złości. Zdaję sobie sprawę z tego, iż był to celowy zabieg i Fante wiedział doskonale, że jego bohater jest taki, jaki jest. Prawdopodobnie stworzył go w konkretnym celu, ja jednak nie jestem w stanie go dostrzec. Nie poleciłabym tej książki nikomu i choć cały czas chodzi za mną wrażenie, że nie interpretuję jej tak, jak powinnam, to przyznam, że nie ma we mnie nawet grama chęci poznania prawdziwej interpretacji. Cóż, było to ciekawe doświadczenie, lecz mam nadzieję, że już nigdy się nie powtórzy.

Tytuł: Droga do Los Angeles

Autor: John Fante

Tłumaczenie: Magdalena Koziej

Wydawnictwo: Burda

Liczba stron: 220

9 przemyśleń nt. „CZAS NA KSIĄŻKĘ: DROGA DO LOS ANGELES – JOHN FANTE

  1. O rany, tak mnie wmurowało, że nawet nie wiem co napisać. To chyba nie jest książka o marzycielu, a o zwykłym wariacie, który ma wszelkie predyspozycje do zostania stalkerem, ewentualnie innym psychopatą…
    Dzięki za ostrzeżenie. Nigdy w życiu nawet nie spojrzę w jej stronę.

  2. I już wiadomo, od jakiej powieści uciekać z krzykiem. ;D Jeju, jak bardzo głupia wydała mi się ta książka podczas czytania recenzji, więc nie chcę myśleć, jaka jest sama książka. Dziękuję za ostrzeżenie! 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *